Prosta konsekwencja – z dobrych, ręcznie robionych naczyń, do których zrobienia zostało włożone dużo serca, żywiołów, dobrej energii, jedzenie lepiej smakuje. Ot tak, po prostu. A jeśli to jedzenie jest jeszcze pożywieniem wysoko energetycznym, karmiącym i ciało i duszę, no to w ogóle mamy układ doskonały. Tak więc, mili moi, dzielić się tu będę tym, co uważam za dobre, wzmacniające człowieka i zdrowe - szybkimi, nieskomplikowanymi, smacznymi wegańskimi przepisami. Bo jako artysta-garncarz, wolę spędzać czas w pracowni, z rękami pełnymi gliny, lepiąc z ziemi kolejne naczynia – czas w kuchni staram się więc ograniczać do minimum. Nie zmienia to jednak faktu, że, no po prostu, ma być smacznie i roślinnie, mimo że szybko. Tak więc, zapraszam, testujcie, smakujcie, a w najlepszej konfiguracji – z tych właśnie, ręcznie robionych, wzbogacających dania naczyń. Smacznego, mili moi!
Wtorek, Kwiecień 10, 2018, 12:13 | Brak komentarzy »

Atenszyn, mili moi!

Dzisiaj wychodzę do Was z zapytaniem i propozycją. Będzie trochę tekstu, ale myślę, że warto doczytać  :)

Jakiś czas temu zakluł mi się w głowie plan, siedząc w pięknym miejscu, pod lipą i grzejąc się w pierszym, jeszcze nie wiosennym słońcu. Plan się kluł i kluł, pęczniał i rozkwitał, a teraz nadszedł czas, żeby sprawdzić, czy ktoś chciałby w takim planie uczestniczyć  :)

A więc : moją propozycją, jest 5 dni, które spędzimy wspólnie pod koniec sierpnia, w przepięknym i absolutnie nipowtarzalnym miejscu na Kaszubach, które możecie zobaczyć na zdjęciach. 5 dni, które przeznaczymy na spokój, rozwój kreatywności i bycie ze sobą. Na naukę ceramiki, bez stresu i zapędów do doskonałości. Ulepimy trochę biżuterii i drobnostek, trochę kubeczków i miseczek, tak, żeby stały prosto i nie przeciekały  ;)

Oprócz ceramiki upleciemy też trochę biżuterii drucianej (wire wrapping), lub makramy. Będziemy dużo w lesie, nad jeziorem, na zewnątrz. Przytulimy się do drzew, posłuchamy co mówią one, i co mówimy my, gdzieś tam głęboko, a co trudno usłyszeć w zgiełku miasta. Będzie joga o poranku, wegetariańska/wegańska kuchnia, wieczorne spacery i nocne patrzenie w gwiazdy. Będzie kreatywnie, medytacyjnie i w bliskości z naturą.

Tak to widzę, a widzę, że będzie pięknie  :)

W razie pytań o konkrety, śmiało piszcie, jeśli będzie zainteresowanie, utworzę wydarzenie, a tam będzie już wszystko podane, co i jak i za ile.

I od razu zaznaczam – maksymalnie 10 osób.

To jak, kto w takie coś wchodzi?  :)

 

 

Niedziela, Kwiecień 8, 2018, 10:50 | Brak komentarzy »

Cześć Państwo! 

Jak zwykle, będzie na szybko i konkretnie. 

Jakiś czas temu zajadałam się pastą z oliwek, teraz przyszła kolej na buraki. Bo uwielbiam te fioletowe bestie w postaci każdej (jak ktoś nie robił jeszcze wyciskanego soku z jabłek, marchwi i buraka, to już mi sprzed tego kompa i do roboty!)

Tak więc, wczoraj powstało mazidło buraczano - słonecznikowo - czosnkowe. Pyszności, że szkoda gadać! 

Co potrzeba :

3 buraki

3 ząbki czosnku

3/4 szklanki słonecznika

oliwa / olej jaki kto lubi, tylko nie kokosowy, bo stężeje i zetnie nam pastę zbytnio

sól, pieprz, sok z połówki cytryny

Buraki pieczemy w piekarniku, 180 stopni, ok. 1 h, bez termoobiegu bo inaczej wyschną i będą wyglądać jak smutne purchawki, a tego nie chcemy. 

Słonecznik uprażyć na patelni. Ostudzić i buraki i słonecznik, wrzucić do pojemnika, dodać czosnek, olej - ja akurat miałam konopny - dawałam na oko, do konsystencji, ale pewnie było tego z 50 ml. Blendować na gładką masę, doprawić do smaku, i voilà. 

Wcinać ze smakiem i zapamiętaniem. Ja osobiście poleacm na zewnątrz, na słońcu, bosą stópką światu machając :)

 

 

Poniedziałek, Styczeń 29, 2018, 15:25 | Brak komentarzy »

Budzisz się rano, i słyszysz, że wiatr, który dął cały dzień poprzedni, dmie nadal, deszcz siecze w okna jak szalony, i myśl Cię nachodzi o zaplanowanym wybieganiu.


Kołdra taka ciepła, bezpieczne życie takie komfortowe i wygodne. Że niby po co się tak męczyć, że wychodzić na ten atakujący żywiołami świat, dać się zmemłać w błocie, zlać wodą, wychłostać wiatrem, no po co się pytasz.


A po radość, po konfrontacje istoty ze światem zewnętrznym, po utwardzenie człowieka i zmiękczenie zarazem. Po to, żeby potem gorący prysznic i ciepły kubek herby ze stopami opartymi o kominek/kota/cokolwiek wygodnego, było najlepszym doświadczeniem – bo jedynym jakie w tej chwili posiadasz, bajdełej – na świecie. Po spokój w głowie, wśród tych szamoczących dookoła Ciebie żywiołów, po balans, równowagę i dystans.


Namawiać nie będę, jeśli jeszcze z takimi zachowaniami nie rezonujesz, ale zdecydowanie polecam. Jeśli nie biegać, to na spacer chociaż. Najpierw się nie chce, potem się chce, a potem się już nie myśli.

 

Howg!


Sobota, Styczeń 27, 2018, 14:24 | Brak komentarzy »

Krótko i zwięźle będzie.

Hummus, jak to hummus, jest z cierciorki, która wymaga jednak trochę zaangażowania w jej przygotowanie. Atencji trochę, troski i opieki. Bo to namoczyć wieczorem, gotować rano, i blendować narzędziem większym i mocniejszym niż blender ręczny, bo bestia jednak dość uparta jest i takiemu ot, ręcznemu się zazwyczaj poddać nie chce. Tak więc kończymy mimo wszystko, z akcją większą i rozciągniętą w czasie. A mimo, że smakowo czasem warto, to nie zawsze jest czas i chęci na takie około kuchenne manewry. 

Tak więc opcja oliwkowa, szybka prosta i bez zbędnych ceregieli.

Potrzebujemy :

słoik lub dwa, jeśli małe, zielonych bądź czarnych oliwek, kto jakie woli.

słonecznik łuskany

2 ząbki czosnku

cytrynę

oliwę

pieprz, sól

Oliwki odcedzić i wsypać do naczynia blendującego, słonecznik podprażyć na patelni do koloru pięknie zarumienionego, wsypać do rzeczonego naczynia. Dwa ząbki czosnki wpraskować tamże również, wcisnąć tak z dwie łyżki soku z cytryny, dolać oliwy z cztery łyżki, zblendować. Doprawić do smaku, biorąc na poprawkę to, że oliwki zielone często są dość słone, i.. no i tyle. 

 

drewno i ceramika jako otoczka, polecam z serducha całego mojego pluszowego

 

Podawać pięknie, polecam z podpieczonym na patelni chlebem, awokado i rukolą. Lub czymkolwiek, co ucieszy Twoją duszę i żołądek :)

Smacznego, misiaki!


Czwartek, Październik 19, 2017, 10:41 | Brak komentarzy »

Tak tak, banałem trochę zalatuje już z daleka, ale co ja na to mogę poradzić, że człowiek sobie jedzie spokojnie na swoim skandalicznie cienkich rowerowych oponach, a tu ni stąd ni z owąd, pomarańczowa, pękata, szczerząca się bestia łypie ze straganu.

Co mogłam zrobić innego, jak zarzucić bestię na plecy i przytargać do domu. Kilka dni postała, zadomowiła się, zaaklimatyzowała, a ja ją potem bezczelnie – na zupę.

 

 

Cóż, takie życie, ale muszę przyznać, zupa była przepyszna :) Tak więc, do dokonania takiej zbrodni na dyni, potrzeba co następuje:

 

pół dyni
2 marchwie
2 cebule
2 cm imbiru
pestki dyni/płatki migdałów
olej kokosowy
ewentualnie mleczko kokosowe (czytać skład, człowiek nie lubi spożywać całej puszki gumy guar)
przyprawy : kurkuma, cynamon, chilli, garam masala, papryka słodka, kumin, kardamon, sól, pieprz.

 

 

A więc, prosta sprawa:
 

Dynię obieramy i kroimy na kostkę, wrzucamy do garnka, gotujemy.

Cebulę siekamy, marchewkę kroimy, wrzucamy na patelnię i przesmażamy na oleju kokosowym.

Jak dynia już się trochę podgotuje, przerzucamy ją na patelnię i całą tę bandę smażymy dalej, aż do zmięknięcia.

Następnie bierzemy duży gar, zrzucamy zgraję z patelni, dolewamy trochę wody, na wolnym ogniu gotujemy, doprawiamy: kurkumą – sporo, ze 2 łyżeczki, pół łyżeczki cynamonu, dwie szczypty chilli, tak samo garam masali i papryki słodkiej, szczypta kuminu, kardamonu, posolić do smaku, popieprzyć również.

Znaleźć blender, zblendować całość, uprażyć pestki dyni lub płatki migdałów na patelni, zupę nalać do miski, posypać rzeczonymi, wciągać ze smakiem, ot i tyle, koniec kurtyna, owacje na leżąco!

 

 

Smacznego jesiennego :)


Niedziela, Wrzesień 24, 2017, 13:30 | Brak komentarzy »

Przyznam się szczerze, że przekonanie się do buraka zajęło mi trochę czasu. Mimo tego, że kuchnią swoją już dawno odeszłam od tej za dziecięcia znielubionej, tradycyjnej polskiej, i tradycyjnie też nie doprawionej kuchni babć, burak nadal tkwił w umyśle jako paćka.

Zimna, ciepła, nieistotne, paćka i to w dodatku nieatrakcyjna dla kubków moich smakowych. No ale na szczęście człowiek czasem weryfikuje swoje poglądy, w tym też te warzyw dotyczące. Tak więc burak zyskał u mnie drugą szansę, dzięki której zaskarbił sobie uczucie moje wielkie i uwielbienie całokształtu. Za kolor własny, za kolor liści, i wszelakie inne atrybuty burakowi przypisane.

Ale no, ja tu o fioletowej bulwie, a przepis miał być. 

 

 

Więc, potrzebujemy:

3 ząbki czosnku
pół pora
mały brokuł/pół dużego (może to dla Ciebie szokujące, ale Z NÓŻKĄ, nie wyrzucaj nóżki od brokuła, bo Cię znajdę i osobiście nią nakarmię, ot co. )
3 małe buraki albo 2 duże, jakkolwiek wolisz
kasza gryczana
olej kokosowy
przyprawy: kurkuma, garam masala, sól, pieprz, chilli, goździki, kardamon

Jakiś czas przed planowaną konsumpcją, nastawiamy do gotowania buraki. Zapominamy o nich na 40 min, po czym w panice biegniemy z pracowni zobaczyć czy nie wykipiały. Jak żyją, kontynuujemy co następuje, jak nie, cóż, widać nie buraki nam dzisiaj pisane.

Przy pozytywnym wariancie udanego gotowani bulw, do garnka niewielkiego wsypujemy kaszy ilość odpowiednią, zalewamy wodą, trochę soli i stawiamy na ogniu, niech się w swoim tempie spokojnie pyrka i dochodzi. Za to, na patelnię wrzucamy dwie łyżki oleju kokosowego. Jak się trochę rozgrzeje, dodajemy posiekany czosnek i pora, lekko solimy, mieszamy, i niech się zarumieni.

 

 

W tym czasie rozczłonkowujemy brokułowe drzewko na malutkie drzewka, nóżkę siekamy na niewielkie kawałki. Jak por będzie lekko podrumieniony dodajemy brokuł, mieszamy, przykrywamy na ok 7 min, niech drzewka zmiękną. Następnie kroimy nasze fioletowe bulwy w cienkie plasterki, lub innych preferowany kształt, gwiazdki, serduszka czy małe stateczki, i dorzucamy na patelnię.

Mieszamy i doprawiamy: pół łyżeczki kurkumy, tak samo garam masali, dwie szczypty soli, tyleż samo pieprzu, jedna szczypta chilli, zgniecione trzy goździki, szczypta kardamonu.

Mieszamy, zostawiamy na chwilę, niech się przegryzie. Przypominamy sobie o kaszy obok, nakładamy jednego i drugiego do naczynia, i idziemy jeść na trawę i łapać słońce.

Smacznego!


Piątek, Wrzesień 8, 2017, 15:01 | Brak komentarzy »

A w tę niedzielę, ceramika i ja pokażemy się na Dolnym Rynku, organizowanym tym razem na terenie 100czni. Będzie się działo i oby nie padało :) Więcej informacji tutaj :

https://www.facebook.com/events/115747585793842/

Zapraszamy!


Wtorek, Lipiec 4, 2017, 18:12 | Brak komentarzy »

Faktem jest, i nie ma co tego ukrywać ani w bawełnę owijać, że jak chce się sprzedać swoje artystyczne wytwory i przetwory, trochę trzeba się namęczyć, coby tego klienta w swoje sidła złapać. Trochę pojeździć, kaw wypić, pogadać, popokazywać się jako twórca i stwórca, pobajerować i w terenie zaistnieć. No i oczywiście na targi wszelakie, rękodzielnicze, artystyczne i kiermasze i wystawy czas poświęcić.

Tak więc, nie ma to tamto, czas pakować auto i jechać. Najpierw na Festival Dharma, do Krynicy Morskiej, następnie na wernisaż własny w Graciarni w Gdańsku, 20 lipca o 19.00, w sierpniu Węgorzewo, Toruń i zobaczymy co jeszcze wymyślę, nie ma nudy, trzeba ruszać, żeby się kręciło! 

Powodzenia i Wam życzę, i może do zobaczenia na szlaku :)


środa, Maj 10, 2017, 13:06 | Brak komentarzy »

Jest coś fascynującego w otwieraniu pieca po wypale. Jeszcze gorącego, choć na skalę ceramicznego wypału, już prawie całkiem wystygniętego. Czytałam o tym, wielu ceramików opisywało element zazskoczenia, zadowolenia i lekkiej fascynacji - no bo nigdy nie wiesz, co tam w środku zastaniesz. I nie zostaje mi nic innego, jak totalnie przyznać im rację i podpisać się czterema kończynami pod ich ekscytacją.

Kto wie, może za siedemdziesiątym piątym razem, kiedy proces stanie się bardziej automatyczny i przewidywalny, wstanę rano i pójdę otworzyć piec ze stoickim spokojem, i bez zaskoczenia wyjmę takie naczynia, jakie miałam zaplanowane stworzyć, może.

Ale jak na razie - ta niepewność, czy nic nie popękało, nie tłukąc przy okazji pięciu innych przedmiotów stojących obok. To uczucie ciepła, bijącego ze środka pieca przy otwarciu pokrywy, i niespodziewane kolory szkliw, które z pastelowo - majtkowych zmieniły się w głębokie zielenie, opalizujące granaty i totalnie energetyczne pomarańcze.

Czysta magia.

 

 

Tak więc, owszem, pierwszy wypał za mną. Po wielu perypetiach, biurokratycznych i papiórkowych wycieczkach do Energi, instalowaniu wentylacji. No i oczywiście nauce, i nauce, i nie zapominajmy jeszcze o nauce, lepienia garów. Proces wciąż i nieustająco w trakcie, umiejętności są nabywane. Ale muszę przyznać - jak na pierwszy raz, efekty są zadziwiająco pozytywne - nic nie pękło, kilka naprawdę satysfakcjonujących przedmiotów, kilka dających nauczkę na przyszłość. 

Cud miód i karmelizowane orzeszki. 

 

Tak więc, po pierwszym sukcesie, nie pozostaje mi nic innego jak cisnąć dalej. Lepie więc, uczę się w internety, rozmyślam nad targami, robię zdjęcia produktowe, z nadzieją, że to wszystko ładnie się rozchula i zadziała. I tak, jeśli ktoś zastanawia się czy warto zobaczyć, jak to jest być garncarzem, i czy miłe jest to to takie babranie się w ziemi i błocie - tak, totalnie warto.

Można siebie samego zaskoczyć, a to zawsze miłe odświeżenie umysłu. 

 

 

Ahoj!


Piątek, Marzec 3, 2017, 08:47 | 1 Komentarz »

Zasiadłam właśnie z nogami pod kocykiem, przebiegnąwszy wcześniej dwanaście soczystych kilometrów po górzystym i nieznanym lesie. Czysta doskonałość i szczęście zlane potem w swej najprostszej, uziemionej postaci.


Poniedziałek, Luty 27, 2017, 18:26 | 1 Komentarz »

Kreacja, kreatywność, tworzenie, stwórczanie. Ładnie się kojarzy, prawda? Z przytulną parcownią, sztalugami, pędzlami brudnymi od farby i umorusanym fartuszydłem przewieszonym przez poplamione krzesło. Notatnikiem pisarza i wiekowym, zaufanym piórem, szukaniem inspiracji wśród lasów, gór i potoków.

No tak, tak, to wszystko prawda. Ale, nie tylko.


środa, Luty 22, 2017, 15:54 | Brak komentarzy »

Czasem w umyśle rodzi się "myśl". Takie duszące wrażenie w klatce, że coś trzeba. Może jeszcze nie do końca wiadomo co, ale trzeba. Jesteśmy bardzo dobrzy w ignorowaniu tego przeczucia, w spychaniu na drugi plan, trzeci, dziesiąty. No bo to żaden konkret, ot jakieś takie, dziwne, że człowieka trochę dusi i w jakimś kierunku popycha. Można zmorę zdusić, of kors, i spokój (na chwilę).

A można też nie, i można się słuchać. Siebie słuchać. Nauczyć się widzieć co wszechświat rzuca Ci pod nogi - a Ty jak ślepy się o to potykasz - i na poważnie brać swoje intuicyjne przeczucia i wewnętrzne potrzeby. Tak.. także ten, od gliny trochę odbiegłam.

(...)

 


- Etniczne i autorskie usługi artystyczne -

- napisz, zadźwoń, stworzymy coś pięknego -

KONTAKT:
kiwietnoart@gmail.com
tel.. 508 096 487
Copyright ©2018 KIWI Etno Art, All Rights Reserved.
Liczba odwiedzin: 13844
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem