Prosta konsekwencja – z dobrych, ręcznie robionych naczyń, do których zrobienia zostało włożone dużo serca, żywiołów, dobrej energii, jedzenie lepiej smakuje.
Ot tak, po prostu. A jeśli to jedzenie jest jeszcze pożywieniem wysoko energetycznym, karmiącym i ciało i duszę, no to w ogóle mamy układ doskonały.
Tak więc, mili moi, dzielić się tu będę tym, co uważam za dobre, wzmacniające człowieka i zdrowe - szybkimi, nieskomplikowanymi, smacznymi wegańskimi przepisami.
Bo jako artysta-garncarz, wolę spędzać czas w pracowni, z rękami pełnymi gliny, lepiąc z ziemi kolejne naczynia – czas w kuchni staram się więc ograniczać do minimum.
Nie zmienia to jednak faktu, że, no po prostu, ma być smacznie i roślinnie, mimo że szybko.
Tak więc, zapraszam, testujcie, smakujcie, a w najlepszej konfiguracji – z tych właśnie, ręcznie robionych, wzbogacających dania naczyń.
Smacznego, mili moi!
Piątek, Marzec 3, 2017, 08:47

Zasiadłam właśnie z nogami pod kocykiem,
przebiegnąwszy wcześniej dwanaście soczystych kilometrów
po górzystym i nieznanym lesie. Czysta doskonałość i szczęście zlane potem
w swej najprostszej, uziemionej postaci.

No bo tak to jest, w tym życiu biegacza. Szósta rano, otwierasz jedno oko,
zerkasz za okno, zobaczyć w czym dziś przyjdzie ci przemierzać poranne kilometry.
A tam, jak w Bollywoodzie, 'czasem słońce, czasem deszcz', czasem też śnieg,
wiatr, mrozy, mgły, a czasem wszystko naraz. Ale jakkolwiek by nie było,
pozwalasz sobie na jeszcze dwie minuty kumulowania ciepła w bezpiecznym łóżku,
a potem, tak – dzień dobry buty do biegania – wychodzisz zmierzyć się z sobą samym i światem.

I oczywiście, mogłabym zacząć się rozpływać nad prozdrowotnością,
poprawą kondycji, wydolności, obniżeniem ciśnienia, masy zmniejszeniem
i mięśni przyrostem, ale. Ale tego internety mają już aż nad to, a nie mają czegoś równie istotnego.

Mianowicie jeszcze mało mówi się, o takim efekcie ubocznym biegania,
jak budowanie i kumulowanie swojego własnego zasobnika wewnętrznej siły.
Konkretnej siły. Duszy siły. Ty biegasz, a siła rośnie, magia? Niekoniecznie.
Im dłużej tuptasz, tym intensywniej masujesz ośrodek hara (trochę poniżej pępka),
dość bezpośrednio związany, z, nazwijmy to, medytacyjnością, i twoim byciem kontent
z relacji ze wszechświatem.

Poza tym, pozbywasz się lęku. Samoistnie, ot tak, z każdym kilometrem stajesz się
istotą bardziej pewną siebie (tak tak, to Ty tu tuptasz o poranku, a inni jeszcze śpią, leniuchy).
I ostrzegam, myślenia aż tak całkowicie nie wyłączysz - choć trochę można, ale o tym zaraz -
więc myśli pojawiać się będą. Myśli coraz bardziej śmiałe, ba, zuchwałe nawet.
Myśli o realizacji, o krokach do podjęcia i o czynach do uczynienia.
Takie myśli, które z kanapy przed telewizorem jawiły się jako odległe majaki.
A tu proszę, siódmy kilometr albo piętnasty, a ty bardzo poważnie
rozważasz skok ze spadochronem, kupno farmy i zostanie potentatem jarmużowym
albo tatuaż na pół pleców i pośladek, o.
Niepokoje się wyłączają, jeden po drugim, znikają, na początku dlatego,
że jedyne o czym jesteś w stanie myśleć, to jak przetrwać następny kilometr, a potem,
dlatego, że ty jako istota stajesz się biegiem. I dość konkretnie łączysz się z tu i teraz,
z lasem przez który właśnie się przedzierasz. I urwane lusterko w aucie nagle odpływa hen.
I nie tylko lusterko, konkretniejsze konkrety też, chociaż na tę godzinę treningu.
A to już bardzo duża ulga dla przeładowanego umysłu.

Bo umysł wdrukował sobie paplaninę, nieustającą wręcz. Także chwile medytacji -
kiedy stajesz się biegiem, twoje ciało dokładnie wie co ma robić i nie ma już zmęczenia,
za to wpadasz w synchronizację z ruchem, lasem i działasz – nawet przez chwilę
na jedej linii z wszechświatem – medytacji czy to biegackiej,
czy jakiejkolwiek innej, przy zmywaniu naczyń czy obieraniu kartofla po kartoflu,
dobrze mu robią. Resetują dziada.

Choć dość istotną kwestią staje się tutaj otoczenie.
Wiadomo, jak nie ma innej możliwości, to idź tuptać po twardym chodniku,
między przechodniami, autami i od jednych świateł do drugich.
Ale jak masz możliwość, to idź w las, w pola, w naturę i ścieżki niewyasfaltowane.
Bo taka to banalna prawda, miasto jest energochłonne i jak gąbka energię z ciebie wysysać będzie.
A las może tylko doładować. To jest fakt, który dotarł do mnie kiedy po prawie
trzech latach biegania, i mieszkania, na wsi, musiałam z powrotem przenieść się
do zatłoczonego, spalin i innych wyziewów ludzkości pełnego miasta.
Cieżka sprawa. I naprawdę, 10 km w dziczy, a 10 w cywilizacji – nie ma porównania.
Dwa w ogóle odmienne światy.
Także jak możliwość, biegnij w las, i nie bój się, że spotkasz tam coś złego.
Co najwyżej swoje niewygodne myśli i prawdy.

I co jeszcze mogę na start poradzić? Że nawyki buduje się trudno, ale że najistotniejsze
jest pierwsze trzydzieści dni. Więc nastaw budzik, i wyjdź mimo wszystko, w deszcz też,
chociaż na chwilę. Chodzi o samo wyjście, progres i tak po czasie będzie.
No i nie da się ukryć, że daje to pewną satysfakcję, to, że jest ósma rano,
a ty już byłaś na zewnątrz, zdąrzyłaś się spocić, porozciągać, obejrzeć wschód słońca,
spotkać pięć saren. Dobra baza na cały dzień.
I czasem pewnie się nie będzie chciało, ale i tak, wyjdź i się zrąb, istoto, dobrze ci to zrobi.
Także polecam, polecam zbudowanie sobie takiego nawyku,
bo to najlepszy nałóg w jaki możesz wpaść.

Więc co zabrałbym na bezludną wyspę? Oczywiście, że pięciopalczaste buty do biegania.
A dlaczego pięciopalczaste, o tym następnym razem.

Miłego świata przemierzania !


Brak komentarzy.
(*) Pola obowiązkowe

- Etniczne i autorskie usługi artystyczne -

- napisz, zadźwoń, stworzymy coś pięknego -

KONTAKT:
kiwietnoart@gmail.com
tel.. 508 096 487
Copyright ©2017 KIWI Etno Art, All Rights Reserved.
Liczba odwiedzin: 1315